tak sobie dzisiaj pomyślałam jadąc metrem i przypatrując się pannom diablicom z czerwonymi migającymi lampkami na głowie jadącym na hen party, czy wieczór panieński, ze jesli kiedykolwiek wyjdę za mąz, to nie chcę i nie będę mieć zadnego wieczoru panienskiego...zgadzam się na obejrzenie jednego odcinka przystanku alaska, ally mcbeal albo cudownych lat...butlę/e pinot noir...i chyba tyle...będę szczęśliwa...
4 komentarze:
no wlasnie. i z czego tu sie cieszyc. jak Ja bede sie zenil, swiadkiem bedzie pijany meksykanin i jego osiolek. ale winko z toba juz teraz bym wypil, po co czekac tak dlugo. Wojciech
Wojtek, myślę, że cieszyć się jest z czego, ale chyba nie w taki sposób, jak to się robi na wieczorach panieńskich/kawalerskich...i dlatego takim wieczorm mówimy nie, a póki co i tak nam nie grożą :-)))
O, moje imię... I skąd ta myśl zawzięta? Wieczór panieński czy kawalerski - któż by o nich pamiętał? O wiele ważniejsze czy będzie z czego cieszyć się później.
To tak na marginesie.
Znowu z przyjemnością obejrzałem fotki.
Pozdrawiam :)
a moja znajoma była w tą sobotę na wieczorze panieńskim gdzieś w Warszawie...ciekawe czy to ją widziałaś ;))
Prześlij komentarz